Biegiem do przodu!

Ups! Jak ja dawno nie pisałam! Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że jak się pracuje w internecie, to po godzinach już się nie chce siadać o kompa. Oraz to, że czas chyba się nałykał dopalaczy i pędzi jak oszalały. Dopiero co byłam na konferencji ramówkowej, a tu już koniec jesiennej ramówki! Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – wreszcie mam trochę więcej luzu, co objawia się tym, że nie mam odruchu wymiotnego na widok komputera ;) Ale ja tu przecież nie o pracy mam pisać!

Jak już pewnie wiecie lub się domyślacie, nie udało mi się w minionym sezonie zadebiutować na maratonie. Za dużo treningów straciłam przez problemy z łydkami i generalne osłabienie. Trener zmienił mi styl treningów, ja zmieniłam buty i od razu odczułam poprawę. Dzięki temu udało mi się jeszcze na koniec sezonu wykręcić życiówkę na 10 km na Biegu Niepodległości  w Warszawie.

Niestety, poprawa nastąpiła za późno, by w tym roku myśleć o królewskim dystansie. Tego celu absolutnie nie odkładam na półkę – jest wpisany do kalendarza na 2015 rok :) A obok niego poprawa życiówek na dystansie 5 km, 10 km i półmaratonu. Pierwsza próba na 21 km w Warszawie pod koniec marca. Już zaczęłam nowy sezon treningowy – w poniedziałek były podbiegi (nie wiem, jak to możliwe, ale na górce, którą pokazał mi trener wiecznie wieje w twarz lodowaty wiatr, serio!), wczoraj zajęcia na siłowni, a dziś 3 km rozgrzewki, 8 km po 5:50 min/km i 2 km wychłodzenia (zimą trzeba to rozumieć dosłownie..).

DziuplaAle żeby nie było za nudno, to mam przed sobą jeszcze jedno wyzwanie. A w zasadzie jestem już w jego połowie. Przez tydzień nie jem glutenu, mięsa i w ogóle żadnych produktów odzwierzęcych (nie licząc mleka do kawy serwowanej przez mojego kochanego męża – bez niej to już by nie było wyzwanie tylko katorga!), tak więc moja dieta ogranicza się głównie do warzyw, owoców i kaszy jaglanej. Po co to robię? Przede wszystkim, żeby udowodnić sobie, że potrafię zjadać te mityczne pięć porcji warzyw i owoców dziennie, żeby trochę „oczyścić” sobie organizm i poczuć się lżej. Bałam się, że bez węglowodanów złożonych z chociażby mąki pełnoziarnistej czy płatków owsianych, na których zwykle opiera się moja dieta, będę osłabiona i bez życia, ale moje obawy się nie sprawdziły. Czuję się lżej, mam energię do pracy i treningów, choć wcale nie głoduję. W warzywach świetne jest to, że można jeść ich mnóstwo, a i tak się nie przytyje ;)

Poza tym eksperymentuję sobie z różnymi wegańskimi przepisami. Moi chłopcy pokochali już wegańskie burgery, pieczoną pietruszkę z selerem i jarmuż w różnych postaciach. Na pewno będą gościły na naszym stole nawet po zakończeniu wyzwania.

Wegeburgery

Biegowa piona od Mamy w biegu :)

Pozytywny, jesienny weekend

Kończy się pierwszy jesienny weekend i muszę stwierdzić, że jesień staje się powoli moją ulubioną porą roku. Tu, gdzie mieszkam, teraz jest po prostu pięknie! Ptaki, które latem jakby się gdzieś schowały, teraz znów często widuję – zwłaszcza sójki, które jak zwykle wybierają się za morze, ale wybrać się nie mogą ;)

My za to wybraliśmy się wreszcie do olsztyńskiego schroniska dla zwierząt na Bieg na Sześć Łap. Dawno tam nie byliśmy, ale teraz dodatkową zachętą był fakt, że tego dnia schronisko miała odwiedzić moja ulubiona pani psycholog Maria Rotkiel, a dzieci będą miały możliwość zrobienia pacynek z Anką Mikitą.

Trochę się spóźniliśmy (ach te korki…) i grupa już wyruszyła na trasę. Na szczęście został jeszcze jeden biegający piesek – Gonzo. Pies miał początkowo tyle energii, że mimo swoich niewielkich rozmiarów ciągnął mnie za sobą przez kilkaset metrów, więc dosyć szybko dogoniliśmy grupę, a ja chyba byłam bliska zrobienia życiówki na 1 km ;) Gdy Gonzo znalazł się w towarzystwie innych psów, pociągnął (tym razem Piotrka) aż do Łyny. Tam dał nura (dosłownie) do rzeki i łowił… kamienie. W ogóle okazał się być fanem kamieni, bo jeden, całkiem spory, przyniósł jako pamiątkę ze spaceru do swojego boksu ;)

Gonzo z kamieniemNie tylko dzięki Gonzo cały Bieg Na Sześć Łap minął mi z szerokim uśmiechem na ustach. Łydki wreszcie w ogóle nie bolały, a bieganie już dawno nie sprawiło mi takiej frajdy! Przyjemnie ćwiczyło się też z olsztyńską, utytułowaną (i przemiłą) biegaczką Martą Barcewicz. Zwieńczeniem przedpołudnia w schronisku była krótka pogawędka z Marią Rotkiel, która zdecydowała się adoptować 8-letnią Tofinkę i warsztaty robienia pacynek.

Z Marią i TofinkąZ Marią i TofinkąWarsztaty robienia pacynekfot. Krzysztof Naumowicz

Bieganie bez bólu na szczęście nie okazało się być jednorazowym przypadkiem. Dzisiaj rano zrobiłam porządny trening – sinusoidę 2-3-4-5-4-3-2 minuty biegu szybkiego z przerwą 3 min. w truchcie. Wyszło chyba lepiej niż przed początkiem problemów z łydkami, więc może ostatnie dwa miesiące nie są do końca zmarnowane… Najważniejsze, że znowu chce mi się biegać i mam z tego niezłą radochę! Mam nadzieję, że po przyszłotygodniowym Biegu Europejskim będę mogła to powtórzyć ;)

Krótki weekend – dużo wrażeń

Tego mi było trzeba! Po naprawdę ciężkim tygodniu pracy taki dzień jak dziś był jak Boże Narodzenie w środku lata i jak urlop w tropikach w styczniu. Był po prostu MEGA!

Weekend zaczął się dla mnie na dobre dopiero w sobotę ok. 22:00, więc resztę trzeba było wykorzystać maksymalnie. Jak? Padło na Olsztyn Green Festival – świetną inicjatywę Agory, która zorganizowała w Olsztynie pierwszy od lat festiwal z prawdziwego zdarzenia. I to świetnie zrobiony – z myślą o wszystkich, w tym rodzinach z dziećmi. Idea spodobała mi się od początku: przy okazji dobrej zabawy, chciano przemycić trochę treści ekologicznych. No i to miejsce! Plaża miejska po remoncie po prostu zachwyca. Część obiektów jest jeszcze w budowie, ale i tak w niczym nie ustępuje nadmorskim kurortom. Wygląda rewelacyjnie, a olsztynianie wreszcie mają się czym chwalić.

Matka wariatka

Słoneczny patrol

Zaobrączkowani

W sobotę udało nam się być tylko na koncercie Hey, ale to właśnie na zobaczeniu tego zespołu najbardziej mi zależało. To był trzeci ich koncert, na którym byłam, ale dopiero teraz, po raz pierwszy usłyszałam na żywo „Moją i twoją nadzieję”. Z Nosowską wyśpiewała ją publiczność, całkiem spora zresztą.

Koncert Hey

Na niedzielę zaplanowałam najdłuższy w tym tygodniu trening. Ale że późno poszliśmy spać, a ta noc była jedyną w tym tygodniu, kiedy mogłam się wyspać, to wstałam późno. Za późno, bo słońce już nieźle prażyło. Jak wielokrotnie tu pisałam, nie lubię biegać w słońcu. Męczę się wtedy okropnie. Z 16 zaplanowanych kilometrów udało się zrobić tylko 10. Powrót do domu, rozciąganie na dywanie (z kotem oczywiście), chłodny prysznic i lemoniada z lodem były jak wybawienie.

Rozciąganie z kotem

Potem znów wybraliśmy się na Olsztyn Green Festival. Tym razem głównym celem było koncert Kuby Badacha (co za głos!) i spotkanie z Adamem Wajrakiem. Wykład był fascynujący, a Olek zdobył autograf z dedykacją.

Wykład Adama Wajraka

Naładowałam baterie na kolejny tydzień, w którym czeka mnie ważny sprawdzian – półmaraton, na którym planuję pobić życiówkę. Treningi będą lżejsze, posiłki bardziej bogate w węglowodany, a regeneracja dłuższa – czego chcieć więcej? 

Relaks

Who's the man?!

Dystans do maratonu

Pokażę Wam dwa zdjęcia – jedno sprzed zeszłorocznego Półmaratonu Jakubowego, drugie zrobione tuż przed metą.

Przed pierwszym półmaratonemKońcówka pierwszego półmaratonuWidać różnicę? Na pierwszym byłam co prawda nieco zestresowana debiutem w półmaratonie, ale uśmiechnięta i szczęśliwa, że zaraz się zacznie. Na drugim… cóż, widać, że bolało. Od połowy dystansu byłam w stanie tylko przeplatać trucht marszem, bo ból w prawej nodze był nie do zniesienia. Teraz wiem, że na półmaraton zdecydowałam się za szybko, raptem po pół roku biegania, na dodatku z niedoleczoną kontuzją, która po półmaratonie odezwała się ze zdwojoną albo nawet strojoną siłą. Niestety (choć może raczej na szczęście) nie mam zdjęcia, jak wyglądałam już po zejściu z trasy. Nie widać łez, grymasu bólu i bolesnej fizjoterapii.

Czemu o tym piszę? Bo nie chcę znowu podjąć złej decyzji, która będzie rzutowała na kilka kolejnych tygodni. Nie czuję się wystarczająco przygotowana do maratonu. Powodów jest parę – bóle łydek, a potem kostki i znów łydek sprawiły, że nie zwiększałam intensywności i objętości treningów tak szybko, jak powinnam. Po drodze przyplątało się jeszcze przeziębienie, a teraz w pracy mam tyle obowiązków, że ciężko mi je pogodzić z treningami.

Dla niektórych maraton to „pikuś”, ja mam jednak szacunek do tego dystansu. 42 kilometry to dla mnie dużo, jak na teraz – za dużo, żeby udało je się przebiec bez ryzyka kontuzji czy zbytniego obciążenia organizmu.

Po rozmowach z trenerem zdecydowałam, że debiut w maratonie przekładam na wiosnę.Jako że nadal chcę „pierwszy raz” przeżyć w Warszawie i pobiec obok „moich” miejsc, więc stawiam na Orlen Warsaw Marathon (26 kwietnia). Zimą i wczesną wiosną biega mi się lepiej niż latem, przez zimę powzmacniam się i doszlifuję formę. I mam nadzieję, że będę mogła wrzucić tu zdjęcie z finiszu maratonu, na którym będę płakać ze szczęścia, a nie z bólu.

Z biegania jednak nie rezygnuję – w tym miesiącu mam jeszcze dwa cele do wykonania: życiówka w półmaratonie (14 września) i na 5 km (21 września). Stay tuned! ;)

Domowe spa z solą SALCO

Bieganie to nie tylko treningi. To także właściwe odżywianie i regeneracja. O tej ostatniej wielu biegaczy zapomina, zwłaszcza na początku swojej przygody z bieganiem. Po pierwszych euforycznych kilometrach chce się więcej i więcej, zapominając o starej, lecz prawdziwej zasadzie, że co za dużo, to niezdrowo. Sama przekonałam się o tym boleśnie w zeszłym roku, startując w pierwszym półmaratonie. Apetyt na coraz większy kilometraż przypłaciłam kontuzją, z którą walczyłam kilka tygodni, bo zareagowałam na nią za późno. To nauczyło mnie, że nie wolno lekceważyć sygnałów płynących z naszego ciała. Kiedy mięśnie mówią „stop” lepiej zatrzymać się na chwilę, niż potem nie biegać przez dłuższy czas. Tak zrobiłam z moją ostatnią kontuzją, która na szczęście w większości pokryła się z moim urlopem – wypoczęłam, „naprawiłam się” u fizjoterapeuty i teraz sumiennie i z satysfakcją realizuję plany treningowe. I co najważniejsze – nie zapominam o regeneracji, która u mnie musi iść w parze z rozciąganiem i masażami, nie zawsze przyjemnymi.

W moich przygotowaniach do maratonu mam sojuszników – ostatnio są nimi opaski kompresyjne BV Sport Booster Elite, taśmy do ćwiczeń, piłeczka tenisowa do masażu i sól regeneracyjna. SALCO Sport Therapy – bo tak dokładnie nazywa się wspomniana sól – to produkt, który dostałam do testów. Nie jestem fizjoterapeutą, lekarzem medycyny sportowej ani kosmetyczką, więc nie będę prawiła frazesów o leczniczych właściwościach soli i jej cudownych zaletach. Jak chcecie, to sobie je wygooglacie. Ja napiszę Wam o moich odczuciach i „plusach dodatnich” kąpieli solankowych.

Sól SALCO Sport TherapyUwielbiam kąpiele, ale od jakichś prawie 9 lat (czyli odkąd mam synka), nie mogę sobie pozwolić na nie tak często, jakbym chciała. W zasadzie, to nie pozwalałam sobie na nie prawie wcale – bo to spać trzeba Olka położyć, bo ja się muszę wcześniej położyć, żeby się wyspać, bo już późno, bo… Generalnie zawsze znalazł się jakiś powód, żeby wziąć tylko szybki prysznic, a nie wylegiwać się w wannie. Ale wtedy dostałam sól SALCO Sport Therapy, na której opakowaniu – nota bene bardzo ładnym (zachwycałam się nim, pod zdziwionym wzrokiem męża, przez kilka minut) – jak wół jest napisane: „Czas kąpieli ok. 20 minut”. 20 minut!!! Tylko dla mnie!!! To chyba zrozumiałe, że sól SALCO od razu podbiła moje serce :] „Wybacz, drogi mężu i kochane dziecię, ale mamusia musi teraz zrobić test soli kąpielowej. Zamykam się w łazience – nie przeszkadzać, nie pukać”.

Pierwszą kąpiel zrobiłam po ciężkim treningu na stadionie, w upale. Wchodzenie do ciepłej wody, mimo wizji 20-minutowego relaksu w wannie, nie było w tej sytuacji specjalnie zachęcające. Pierwsze parę minut trochę się męczyłam, tym bardziej, że odzwyczajona od beztroskiego leniuchowania, nie bardzo wiedziałam, co mam z wolnym czasem zrobić. Chwilę poczytałam, a gdy woda zaczęła stygnąć i zaczęło robić się przyjemniej, odpłynęłam. 20 minut zleciało jak z bicza trzasnął.

Specjalnie przed testem nie czytałam nic o działaniu kąpieli solankowych, bo sama chciałam się przekonać, bez autosugestii, jak ona na mnie zadziała. Kąpiel zrobiłam ok. godz. 20:00, zgodnie z zaleceniami producenta minimum 2 godziny przed snem. I… w ogóle nie chciało mi się spać. Miałam tyle energii, że najchętniej poszłabym biegać jeszcze raz. W OGÓLE nie czułam zmęczenia mięśni. Czułam się wypoczęta, zrelaksowana i zregenerowana.

Sól SALCO Sport TherapyKażda mama wie, że niełatwo wygospodarować 20 minut dla siebie (zwłaszcza, gdy i tak sporo czasu zajmuje bieganie), ale jak już się uda, to trzeba go wykorzystać w stu procentach. Dlatego do drugiej kąpieli podeszłam metodycznie. Pomyślałam, że ten czas mogę wykorzystać na regenerację nie tylko mięśni. Tak więc w wannie wylądował kilogram soli, na włosach kapka maseczki odżywczej, a na twarzy maseczka normalizująca. Normalnie 20-minutes-spa!

Koleżanka z Pszczółkowski Team poleciła mi jeszcze jedno zastosowanie soli kąpielowej – peeling. Zachwalała go tak bardzo, że musiałam spróbować. Kto by pomyślał, że połączenie soli i olejku arganowego (w moim przypadku był to akurat taki, ale można dodać dowolny olejek lub nawet oliwę) da takie spektakularne efekty! Po kąpieli nie dość, że mięśnie się zregenerowały, to jeszcze skóra była gładsza, włosy odżywione, a cera oczyszczona.

Sól SALCO Sport TherapyWierzę na słowo producentom, że ich sól ma wszystkie terapeutyczne właściwości, którymi się chwalą. Super, że to polski produkt, ładnie zapakowany i konsekwentnie i z pomysłem promowany. Dla mnie, Mamy w biegu, najważniejsze jest jednak to, że kąpiel solankowa to świetny pretekst, by konieczną między treningami regenerację, zamienić w wyczekiwaną przyjemność i dla ciała, i dla duszy… Polecam!

Sól SALCO Sport Therapy

Bieganie – rolowanie i Akcja-Rekreacja

Kończy się kolejny tydzień moich treningów do wrześniowego Maratonu Warszawskiego – pierwszy tydzień naprawdę mocnych treningów. 50 przebiegniętych kilometrów odczuły niestety moje nogi, a dokładniej mówiąc łydki. Wczoraj nawet na lekkich podbiegach czułam się jak Justyna Kowalczyk ciągnąca za sobą oponę, a mięśnie w łydkach przez parę dni miałam tak twarde jak kulturysta prężący się przed publicznością. Na szczęście trener, mimo że na wakacjach, czuwa – pożyczył mi wałek do rolowania i opaski kompresyjne. To plus sprawne ręce męża masujące łydki już im pomogło i dzisiejsza „zabawa biegowa” (kto wymyślił tę nazwę?!), mimo że była wyczerpująca, to się udała.

Dzisiejszy trening

Odpoczęłam chwilę, pogoda się poprawiła i znów nogi zaczęły rwać się na świeże powietrze. A że dziś wypadła Akcja-Rekreacja, to postanowiliśmy wziąć w niej udział. Akcja-Rekreacja to świetna inicjatywa olsztyńskiego WKR Fan i fitnessclubu Endorfina, która ma na celu zachęcenie mieszkańców Olsztyna do aktywnego wypoczynku. Po wybraniu jednej z dyscyplin (m.in. jazda na rowerze, spacer z psem, bieg na orientację, nordic walking, bieganie) uczestnicy zabawy ruszali w trasę, gdzie czekały na nich punkty kontrolne, na których dostawali pieczątki na specjalne karty. Każdą trasę można było zaliczyć maksymalnie 5 razy. Za każde kółko organizatorzy przyznawali losy na loterię z nagrodami.

Olek i nasze rowery

My zaliczyliśmy na rowerze dwa kółka po 5 km i poszczęściło się nam w losowaniu – wygraliśmy wejściówkę do Endorfiny (którą wymieniłam się ze znajomą na kupon na serwis rowerowy) i torbę nagród od Miejskiej Biblioteki Publicznej (książki, mapa, film na DVD) :)

Przypinka Olsztyn czyta

W poprzednich latach zawsze coś nam wypadało (a to przeprowadzka, a to urodziny Piotrka) i żałuję, że dziś wzięliśmy w Akcji-Rekreacji dopiero pierwszy raz. Ale na pewno nie był to raz ostatni!

Trudne debiuty

Dziś zadebiutowałam w drużynie Pszczółkowski Team podczas biegu w Barczewie. Zadebiutowali tam też jego organizatorzy – a w zasadzie organizatorki: dwie zapalone biegaczki, Justyna i Dorota. Dziewczyny mogą być z siebie dumne, ja trochę mniej, ale generalnie było sympatycznie, bo zaliczyłam debiut na pudle ;)

Minifotorelacja by małżonek Mamy w biegu:

Najładniejsza część mnie, czyli moje ukochane Asicsy ;)

Moje śliczności

Przed biegiem obowiązkowa rozgrzewka:

Rozgrzewka

… i kręcenie pupką ;)

Bioderka w ruchu

Potem czekało mnie najgorsze – bieg w upale po trudnej trasie. Za to ten dżentelmen spędził czas trochę przyjemniej…

Olek i jego wata

Niby to tylko 5 km, ale nieźle dało mi w kość. Po przebiegnięciu 4,5 km w całkiem niezłym tempie poczułam, że brakuje mi powietrza i organizm odmawia mi posłuszeństwa. Musiałam zejść z trasy, usiąść na chwilę i odsapnąć. Straciłam cenne minuty i na metę dotarłam z czasem 26:42. Słabo, choć i tak byłam 9. wśród kobiet, co dowodzi, że bieg był trudny. Początkowa złość na samą siebie już mi powoli przechodzi. W końcu bieganie ma być przyjemnością, a nie powodem do frustracji ;)

Finisz

W Barczewie były tylko trzy klasyfikacje: kobiet OPEN, mężczyzn OPEN i… na najliczniejszą drużynę. Zawodników Pszczółkowski Team wystarczyło na trzecie miejsce – pierwszy raz w życiu załapałam się na podium. Co prawda, mała w tym moja zasługa, ale pudło było! ;)

Pszczółkowski Team na scenieI ja tam byłam, ciastka jadłam i wodę piłam!

Trzydziestka to nowa dwudziestka

Olek i ja w 2007 rokuSpodobało mi się to modne ostatnio hasło. 30. lat jeszcze co prawda nie skończyłam, ale biorąc pod uwagę, że mam prawie 9-letniego syna i jeszcze dłuższy staż małżeński, uważam się za mentalną „trzydziestkę”. W sumie to bliżej mi do Karen z „Californication” niż do którejkolwiek z „Dziewczyn”. Nie ma co ukrywać – czas pędzi jak czytający z kartki Korwin-Mikke. Są dwa wyjścia: albo się z tym pogodzić i zbrombieć, zdziadziać i generalnie się starzeć, albo się z tym pogodzić i udawać, że nic złego się nie dzieje. Wolę to drugie.

W tej opcji trzeba być takim premierem własnego rządu, który utrzymuje, że wszystko i wszystkich ma pod kontrolą, a tylko czasami któremuś z ministrów coś się wymsknie przy kolacji. Nam też, starzejącym się (czyli wszystkim), czasami coś się wymsknie: a to siwy włos, a to kolejna zmarszczka, a to „A za moich czasów…”. Wtedy trzeba szybko, tak jak premier, zmienić temat na jakiś bardziej neutralny. Pogoda, najlepsza jest pogoda!

Zazwyczaj upływ czasu mnie nie denerwuje. Jest jak podatki, obowiązek szkolny i konieczność płacenia za zakupy – choćbyś chciał się wymigać i tak cię dorwie, więc trzeba to traktować jak zło konieczne.

Fakt, że czas płynie tak szybko, przeszkadza mi tylko, gdy patrzę na synka. Rośnie to to, ma własne zdanie, zainteresowanie i kolegów. Zanim się obejrzę, a zacznie przyprowadzać dziewczyny! Całe szczęście nie wyrósł jeszcze z czytania na dobranoc i wspólnych seansów filmowych, ale na zabawę ze Starymi ma już coraz rzadziej ochotę. Okazuje się, że nie za bardzo łapiemy, o co chodzi w świecie Lego Chima i co jest przyjemnego w granie w grę o tak beznadziejnej grafice jak „Minecraft”.

Na szczęście jest coś takiego jak sport, który póki co nie wyklucza, a w zdecydowanej większości dopuszcza udział rodziców. Młody złapał bakcyla i w zasadzie w każdy weekend biega: albo na zawodach dla dzieci, albo z psiakami z olsztyńskiego schroniska w ramach akcji Bieg na 6 Łap. Bierze udział w zajęciach Running for the kids organizowanych co poniedziałek przez Pawła Pszczółkowskiego (zresztą mojego trenera, przygotowującego mnie do maratonu). Codziennie gra w piłkę – i jak dotąd nie jest dla niego obciachem granie z tatą. Za pieniądze sprezentowane mu na komunię nie kupił sobie laptopa, tabletu, ani konsoli do gier, ale nowy, wypasiony rower.

Wiem, że bierze przykład z tych, z którymi bawi się rzadziej, częściej się sprzecza, ale których – jak zapewnia codziennie, przy każdej okazji – kocha: z rodziców. Korzyści są obopólne, bo dzięki temu, że biegam i ćwiczę, w wyścigu z czasem chyba udaje mi się momentami wyjść na prowadzenie, bo dziwnym trafem czuję się coraz młodziej. W końcu „trzydziestka to nowa dwudziestka”! Jeśli mam się tak starzeć, to nie mam nic przeciwko. Prawie. Nie uważam, żeby zmarszczki były mi do czegokolwiek potrzebne.

Po co mi maraton?

Maraton Warszawski

Kto jeszcze z Facebooka, nie wie, że mam zamiar przebiec maraton, ten trąba  ten już wie. Mam trenera i przygotowany specjalnie dla mnie plan treningowy – na bogato! Jestem po trzech treningach, w tym jednym na bieżni pod okiem trenera i już wiem, że NA PEWNO chcę przebiec ten maraton. Warszawo, szykuj się na mnie 28 września!

W pracy już wiedzą i trzymają kciuki, choć gdy mówiłam o swoich planach w powietrzu zawisło coś, co bynajmniej nie było kwaśnym smrodkiem po obiedzie z Sodexo (tym bardziej, że to samo poczułam w rozmowie ze znajomymi i rodziną) – było to niewypowiedziane pytanie: „Po cholerę aż tyle biegać?”. Pogłówkowałam, przemyślałam, przetrawiłam (szybciej niż obiad z Sodexo) i już wiem, po co mi maraton.

Po pierwsze:

Bo jeszcze rok temu mówiłam, że na pewno nigdy w życiu nie dam rady przebiec maratonu i że żeby przebiec te 42 kilometry z hakiem trzeba być niezłym wariatem i masochistą. Czy masochistką jestem, nie wiem, ale coraz częściej widzę u siebie symptomy wariactwa ;)

Po drugie:

Żeby chwalić się wnukom. I żeby Olek mógł się chwalić mamą w szkole.

Po trzecie:

Podczas maratonu spala się jakieś 2600 kalorii. Żeby spalić tyle podczas zmywania naczyń, musiałabym szorować naczynia przez 10 godzin. Mogłabym też robić zakupy przez 26 godzin (to już bardziej kuszące…) albo pracować w ogródku przez 7 godzin. Kalorii spalonych podczas treningów do maratonu nie zliczę. Dzięki temu bez wyrzutów sumienia i obawy przed przytyciem mogę sobie pozwolić na odstępstwa od diety.

Po czwarte:

Maratończycy to grono elitarne. Choć uważa się, że tak naprawdę większość ludzi jest w stanie po kilkumiesięcznych przygotowaniach przebiec królewski dystans, to 42 km ciągłego biegu ma na swoim koncie niewielu (czytałam gdzieś kiedyś, że to tylko 1% ludzkości – jeśli czegoś nie pomyliłam, to fajnie jest być wśród tak małej grupy ludzi).

Po piąte:

Bo mam pretekst, żeby kupić kolejne buty do biegania. „Trener kazał!”

Po szóste:

Bo to mój ostatni „wybryk” przed sporą zmianą w życiu, którą planuję na późną jesień. Ale o tym na razie cicho sza.

Półmaraton Warszawski

Gofry bez wyrzutów sumienia

Gofry nie muszą być tylko wakacyjnym odstępstwem od diety, urlopowym „skokiem w bok” – mogą być także pełnowartościowym śniadaniem. Mąka pełnoziarnista, mleko, jajka, owoce – to dobry zestaw na początek dnia, zwłaszcza na sobotni czy niedzielny poranek. Gwarantuję, że po takim śniadaniu cały dzień będziecie się uśmiechać :)

Składniki na 8 gofrów:

36 g zmielonych płatków owsianych (ewentualnie mogą być dowolne otręby)
120 g mąki pszennej razowej
50 g stopionego masła
2 jajka
2 łyżki fruktozy lub cukru trzcinowego / 1 łyżka stewii w proszku
1 łyżeczka proszku do pieczenia
270 ml mleka

Maksymalnie nagrzewamy gofrownicę (im większa moc gofrownicy, tym lepiej). Jeśli jest taka konieczność, smarujemy powierzchnię gofrownicy olejem lub masłem.

Oddzielamy białka od żółtek. Białka ubijamy na sztywną pianę. Pozostałe składniki mieszamy z żółtkiem (mikserem lub ręcznie). Do masy łyżką dodajemy pianę z białek i mieszamy delikatnie tak, żeby nie stracić puszystości piany.

Chochelką nalewamy odpowiednią porcję ciasta do gofrownicy (ciasto musi cienką warstwą rozlać się po całej powierzchni „foremki” na gofry). Pieczemy kilka minut, do złotego koloru (czas pieczenia zależy od mocy gofrownicy). Gofrów nie podajemy od razu, bo będą miękkie i gumiaste! Muszą najpierw trochę odparować – w tym celu parę gofrów ustawiamy jak domek z kart, tak, żeby stykały się jednym bokiem. Gdy przestaną parować, możemy udekorować je ulubionymi owocami (u mnie brzoskwinie, truskawki i ananas) lub jogurtem greckim i bakaliami.

Gofry z mąki pełnoziarnistej

My po takim śniadaniu wybraliśmy się na I Olsztyński Festiwal Baniek Mydlanych z okazji 25 lat wolności. Bardzo rodzinna i optymistyczna impreza :)

W niedzielę wreszcie (po kilkudniowym osłabieniu spowodowanym jakimś dziwnym zatruciem) pobiegałam. Nowe buty spisały się świetnie na dwunastu kilometrach i w upale. Są tak przewiewne, że podejrzewam, że jesienią będzie mi w nich za zimno ;) Trochę żal mi w nich biegać codziennie, więc będą moimi startówkami. I pewnie będę zakładać je, jak tylko będę miała gorszy humor ;)

Asics Gel-Noostra Tri 9